wyspa
1. [oko]
.mówcie.mi.archipelag.
wikipedia mówi, że każdy z trwałych fragmentów lądowej powierzchni ziemi, który jest otoczony ze wszystkich stron wodą, to wyspa. mówi też, że wyspy mogą być samotne albo mogą tworzyć skupiska, a wtedy mówimy na nie archipelagi.
wyspy tworzą się z wielu powodów. na skutek działalności organizmów żywych(wyspa koralowa), działalności podwodnych wulkanów(wyspa wulkaniczna), albo też wskutek trzęsienia ziemi.
27.05.2007 :: 14:52 komentuj (0)
2. [oko]
rano zosia i jakobe udają się na śniadanie do "czekolady". "czekolada" jest raczej elegancka i raczej droga, lecz tego poranka nasi bohaterowie mówią sobie "pal licho papierki!" (czyt. "jebać kasę!"). zosia zamawia "duże śniadanie", jakobe zamawia "śniadanie angielskie" - oba śniadania wyglądają smakowicie - tu paróweczka, tam jajeczniczka, tu boczuszek, tam chlebek razowy.
na deser udają się do cukierni, gdzie zosia zamawia ciastko z twarogiem i orzeszkami ziemnymi, jakobe zaś torebkę kruchych ciastek z migdałami. po drodze do cukierni, na wysokości kościoła św. jerzego, orkiestra, nie wiadomo z jakiego powodu, stroi instrumenty i zaraz zacznie. dyrygent daje znak i wtem rozbrzmiewa "ła jem si jej". tak kończy się poranek.
_______________________________________________________________________
[zosia]
ojej jeju. jakie toto grzeczne i dystyngowane. a po południu burza i wszyscy się cieszą.









... a po burzy mokro i wszyscy się suszą


28.05.2007 :: 20:34 komentuj (3)
3. [oko]
a wczoraj padł, pojawił się pomysł taki, ażeby ognisko lub chociaż grilla, w ogrodzie, w atmosferze miłości rozpalić - lecz cóż, pogoda taka, że ochoty wystarczyło na leżakowanie pasibrzuchem do góry, a jedyną widoczną reakcją stało się nerwowe wymachiwanie w twarz wachlarzykiem. wachlarzyk należy do zosi.
29.05.2007 :: 21:03 komentuj (0)
4. [stopa bezrobocia]
Ośmielam sie twierdzić, że wczoraj miała miejsce jeszcze jedna wiekopomna i warta zauważenia chwila... ot skonczyla sie w koncu meka Panska o zgrabnym tytule "Bezrobocie w powiecie bytowskim"... skonczylo sie łzawienie oczu nad stopą bezrobocia, a tych stóp było chyba ze czterdzieści...i tupały nocami nie dając spać. Wczoraj z wieczora umilkł tupot małych stóp. STOP. zapanowało piękne bezrobocie... raj nic-nie-ro-bie-nia.... a skończyła sie po cichu,a na fotelu,około 23:22... RIP
p.s.
no i oczywiście był jeszcze po drodze 500 odcinek M jak Miłość... czyli ludzkie dramaty rzucone Loży Szyderców, a raczej Łożu Szyderców w salonie na wyspie...
A dziś znowu pada, szyby parują i pasów nie widać na jezdni.I Ogryz gdzieś zniknął...? Zosia T. rzuca się w kuchni na zatrzaski mojej bluzki, a ja trzaskam ją po ręku. Kamila się śmieje. W powietrzu wisi piorun. Napięcie. Nad Gdynią ściera się ciepło i zimno. W Sopocie paruje ziemia.Siedzimy tak przy jednej zmęczonej imprezami lampce, Oko dopija, jak twierdzi, ostaniego browara (o-ostatni!), łeb go boli, "może grypa", ekran oświetla twarz Zosi, ekran pokazuje Zosi zdjęcia. Dmuchawce, ludzie... ULOTNOŚĆ.
Oko zamknął oczy i śpi.
29.05.2007 :: 21:18 komentuj (0)
5. [zosia obiektywna rozgadana]
najpierw było wyprowadzenie psa - ten śmieszny rytuał, którym jakobe porzuca śpiąca zosię niewłaściwą właściwie co rano, po to, by wrócić knopersem, świeżymi bułkami, szczyptą szczypiorku i czym tylko całodobowa gosia raczy uraczyć człowieka posiadającego na dnie kieszeni trochę grosza. ta smycz, na której końcu jest howard, i którą rodzice przywracają sobie syna przynajmniej raz dziennie, stała się nieodłącznym elementem wyspiańskich przedśniadań. potem jest śniadanie – tym razem w pośpiechu (co w kontekście wyspy jest raczej niebywałe, gdyż wyspa bywa raczej leniwa) – jajecznica z Jajek Mistrzów. Przed jajecznicą krótka aczkolwiek pełna wdzięczności modlitwa ku czci Wielce Szanownego Fundatora Posiłku, Pana i Żywiciela, którego wczorajsza wizyta zdecydowanie podniosła standard gastronomiczny komunalnej lodówki, a przy jajcznicy o rzeźbieniu orła białego w żywopłocie. następnie odbyła się bardzo ważna narada bojowa w sprawie badania, którego bezsens próbował jakobe z zosią przedstawić w możliwie przychylnym świetle nieco wyssanych z palca teorii psychologicznych, i choć zosia wykłócała się z jakobe żarliwie na temat pewnych czasownikowych niejasności, to co do ostatecznego wniosku, iż badanie trzebaby przeprowadzić całkiem inaczej, a najlepiej to wcale – doszli już całkowicie jednogłośnie.
resztę dnia zajęły im:
* wyprawa na haffnera po bilety, których już nie było (o czym na miejscu zapewniły ich po pierwsze podejrzany brak kolejki do kas, a po drugie bardzo urocza wywieszka „biletó brak”, na której brak było również literki "w", którą ktoś sobie najwyraźniej odpuścił)
* jakobowe rozstawianie sprzętu w kinie polonia
* zosine załatwianie bolesnej i bardzo przewlekłej sprawy dowodu osobistego, w trakcie którego udało jej się zgubić zdjęcia raz i źle wypełnić wniosek trzy razy, a wszystko to pod czujnym lewym okiem godła narodowego oraz prawym skrupulatnej pani urzędniczki, która chyba zaczęła podejrzewać zosię o jakieś przekręty albo o co najmniej nieuregulowany stosunek do prawa, bo jak ktoś musi z karteczki przepisywać swój adres zameldowania, to jest to zachowanie co najmniej dziwne.
* wspólny (zosi z jakobe, nie z panią urzędniczką) obiad w dobrej kuchni, a właściwie to z dobrej kuchni, bo na schodkach z widokiem na prawie morze, gdzie plastikowymi widelcami rozprawili się jakobe z zosią, zosia z jakobe, jakobe z łososiem, a zosia z sałatką serową, w której obiecana zawartość mozarelli okazała się być fikcyjną. sałatkę wpałaszował więc kotek, ale też nie do końca.
* wizyta w antykwariacie, gdzie miły pan antykwariusz oznajmił im, że jakiś głupi pacan wykupił cały karton z pocztówkami, w którym to zosia lubiła buszować
* wizyta w piekarni, gdzie jakobe kupił sobie to i owo (zosia już nie pamięta co, ale podejrzewa, że był tam jakiś paluch serowy)
* wizyta w albercie, która skończyła się na mleku i jajku kinder, które starannie jakobe z zosią wybrali na podstawie stukotu, a po rozczekoladowaniu okazało się, że stukała pewna małpka w źółtym dresie dwuczęściowym.
* kupno pierwszych w tym sezonie czereśni, z których zosia potwornie się ucieszyła i jadła nieumyte
* rozmowa z dwoma panami w swetrach, z których jeden nazywał się robert. ( "ja robert się nazywam" powiedział robert, a zosia myślała, że robert się pyta jak rower się nazywa)
* rozmowa z dwoma całkiem innymi panami w mundurach, którym nie podobało się, że w tunelu zasuwamy na rowerach, a nie nogami jak znak przykazał.
* popołudniowa drzemka, baardzo przyjemna drzemka, aż taka, że nie chciało się potem do marczela zasuwac, choć wiadomo – marczelo, fajna sprawa.
[oko bardzo obietywne]
kama i zosia właściwa jadą do ikei.
wieczorem wydarza się dkf marcello - w ramach przeglądu "łodzią po wiśle" zostają wyświetlone filmy, filmiki (raz lepsze, raz gorsze, a raz jeszcze gorsze) laureatów przeglądu takiego a takiego, organizowanego w ramach łódzkiej szkoły filmowej. w podsumowaniu jakobe stwierdza, że "całkiem spoko, choć właściwie to takie se". zosia stwierdza, że "właściwie to tak", choć ze wskazaniem na "całkiem spoko".
po projekcji zanosimy się do puzona. w puzonie błażej wylewa na zosię, na większość zosi, piwo. córka zmaga się z problemem czterodniowego niepalenia. janusz przemawia głosem pascala po prostu gotuj.
[zosia już subiektywna i tak rozgadana, że aż PS]
a w puzonie rozmowy na temat dyskursów, paradygmatów i jaskiń oraz bezprecedensowe pomysły na dkf w mediamarkcie nie dla idiotów -
wyświetlanie filmów na ekranie złożonym z trzydziestu telewizorów, wynoszenie pralek itp. potem idziemy z jakobe po rowery, odprowadza nas przemek, co się może nazywa bartek - nie mamy z jakobe co do tego pewności, ale w każdym razie po rozstaniu z nim decydujemy się zaprzyjaźnić, bo przemek-bartek jest naprawdę jak to się mówi spokoziom. ten typ. a z resztą, choć pożegnaliśmy się na monciaku, spotykamy się ponownie pod donerkebabem. a potem zaczyna piździeć i gdański taksówkarz nie chce nas zabrać do swojego domu.
31.05.2007 :: 10:19 komentuj (1)
