|
107. [to polowa do jubilata]
bo podczas gdy na wyspie od rana w pocie czoła gromada wesoła krząta się i sprząta, naprawia klamki, pierze firanki, elektoluskuje, podśpiewuje, pogwizduje, szykowne stroje szykuje, itd itd, podczas tego wszystkiego aż zrymowanego, na topolowej, kuba z zosią spędzają caały boży dzień na czynności wstydliwej, której nie zacytujemy, i nie jest to wcale to, o czym myślisz - jest to czynność o którą byś nie podejrzewał ani jak nie inteligentnej, to przynajmniej aktywnej zosi, ani tym bardziej inteligentnego na pewno kuby, czynność zabijająca o wiele za dużo szarych komórek, coś, co cofa psychikę homo sapiensa do ery zamków, smoków i rycerzy, albo też w skali jednostki do czasów wczesnej i głupiej młodości tudzież późnego dzieciństwa, i na tym, zasadniczo, zleciał im dzień, który w związku z przyspieszonymi podstępnie wskazówkami zegara był co najmniej o pół raza krótszy, niż wedle wszelkich logicznych przewidywać. a wszystko to odbyło się na tle marsza grających kiszek i podjadania lodów, które z dostępnych nam produktów żywnościowych okazały się (po curry wagarry) pożywieniem o najbardziej stałej konsystencji. i wszystko byłoby pewnie okej, gdyby nie to, że zosia dostała rano od mamy zadanie bojowe, które okazało się nie do wykonania w terminie, bo to, że zosi się wydaje, że coś wie, wcale jeszcze nie znaczy, że wie na pewno. i np zosia nie wiedziała na pewno gdzie mieszka ciocia, do której miała się wieczorem udać, aby podarować jej podarek od mamy. coś jak bajka o czerwonym kapturku, w której wilk przybiera postać złego autobusu, który wywozi czerwonego kapturka wraz z litościwie towarzyszącym jej chłopakiem (który może w bajce figurować jako brat, ze względu na pedagogiczną cnotę kopciuszka) - w pole. i nie, że wszystko to wina autobusu, nie nie nie, to wina zosi oczywiście, ale gdyby przypadkiem autobus trafił się dobry, to może, może jakiś happy end dałoby się wynegocjować od życia... no, więc słowem, i odłożywszy wszelkie gdybania na bok - dupa. i sama dupa w tej sferze nie przełożyłaby się może na kubowo-zosiną nieobecność na wyspie, gdyby nie w drodze powrotnej poprzez zimną jaśkową dolinę pewne głupie chlapnięcie jej jęzora, z którego w wersji fairy-tale powinny natychmiast posypać się żaby, a tak, to tylko przykrość, milczenie i wyrzuty sumienia. a z takim bagażem się na wyspę nie idzie. więc nie było nas, ala to moja wina, i przepraszam cię drzewik, i przykro mi bardzo i w ogole pue, ale też wszystkiego najlepszego, oby drewna w kominku zawsze pod dostatek, oby nigdy nie brakło śniegu na stokach, oby praca nie przesadzała z nadgodzinami, oby poczta polska donosiła listy od i do nicole na czas, obym ją wreszcie poznała, obyś na każdej imprezie mieścił się we wszystkie obcisłe ciuchy, w które się przebierasz, i oby się twoi studenci nigdy nie dowiedzieli jak w nich wyglądasz i co w nich wyczyniasz, i przepraszam, że nie kupiłam ci w boliwii maskotki z ulicy sezamkowej, i w ogole no ach szkoda, że mnie tam nie ma! sto lat! nazwisko: komentarze: |