|
76. [jako ono]
sen tuż tuż, więc prędko trzeba spisać rozmowy i czyny. a więc malbork. malbork, jak wiadomo, składa się z zamku i niczego więcej. można zaryzykować tezę, że malbork to zamek w dalszym ciągu otoczony fosą, co być może jest krzywdzące, co na pewno jest krzywdzące, ale nie takie znowuż odbiegające od prawdy. raz do roku jednak, raz do roku od trzech lat, odbywa się w malborku festiwal kultury etnicznej, i taki festiwal to jest kurczę coś: bębny, bębnów zastępy całe, ogień, co wałęsa się wszędzie wokół, i ludzie, którym to wszystko bardzo pasuje. i myśmy kolektywnie (w składzie: skrzat, skrzata brat, patrycja, kamil, dzida i ja) na ów festiwal pofrunęli. pole namiotowe, jeśliby poprowadzić linię prostą przez kilka opozycyjnych topograficznie miejsc, znajdowało się w samym centrum: pomiędzy linią trakcyjną, przez którą hałasują pociągi, a parkiem rozrywki z ogromną huśtawką, w akcji przypominającą pracę boeinga 747; pomiędzy wylotówką na gdańsk, dosyć ruchliwą, a dyskoteką karczma zamczysko, dosyć kurwa ruchliwą również; pomiędzy toi toiem, w którym brakuje papieru, a toi toiem, w którym papier bywa rzadko. dostępu do włazu, to znaczy na pole namiotowe, bacznie strzegły dwie nastoletnie niewiasty z elbląga. sam festiwal zorientowany raczej warsztatowo niż koncertowo - patrycja, dzida i kamil przez prawie cztery i pół godziny tłukli w bębny pod okiem mistrza rastafika. palce puchły, a uszom robiło się miło. przy okazji sam mistrz rastafik okazał się zaginionym bratem bliźniakiem dzidy, którego nieprzychylna opatrzność po urodzeniu wysłała była omyłkowo do innej rodziny. i koncerty, niektóre dosłownie ryły beret. jeden koleś z elbląga, to znaczy z afryki, ale z elbląga, kiedy zaczynał grać, to mi się odświeżanie w oczach wyłączało, taki szybki był. ręce miał prędkie jak dwa tasaki. przyrzekam. i jeszcze fajerszoły, fajerszoły zawsze są spektakularne. sobotni pojedynek na ognie, w którym starzy mistrzowie ognia zmierzyli się z młodymi adeptami ognia, rył beret także. a co u nas - na przykład to: w nocy z soboty na niedzielę wchodzimy do magicznej kapsuły losującej i lądujemy w innej, wybranej losowo rzeczywistości. najpierw jest to rzeczywistość zbójecka, albowiem z soboty na niedzielę włamujemy się na malborski zamek: nie mamy latarek, nie mamy czapek-niewidek, mamy jedynie kamerę i sporo do stracenia. duchy, które zastajemy na miejscu, nie robią na nas większego wrażenia, o wiele straszniejsze są drzewa, upiorne drzewa, których gałęzie smagają nas po twarzach, i prawie niedostrzegalny, przyczajony ukryty pies. przy okazji dzida zalicza spektakularną wywrotkę i łamie sobie wszystkie 206 kości (włącznie z młoteczkiem i kowadełkiem), chroniąc przy tym jednak i moją kamerę, którą na chwilę przejął, i wiśniówkę, która umilała nam łamanie prawa. chwilę później patrycja siada zdzichowi na głowę i nie chce zejść. wchodzimy do kapsuły losującej po raz drugi i tym razem lądujemy w rzeczywistości dyskotekowej. w karczmie zamczysko, z którą sąsiadują nasze namioty, odbywają się właśnie śpiewki disco polo, a zespołowi lideruje sam neo z matrixa. obok trinity ochocza wywija piersiami. publiczność szaleje, pani panu wchodzi na barana, pan szuka okularów, pani szuka majtek. w tym momencie kapsuła losująca robi powtórne fiku-miku i oto znajdujemy się na obchodach solidarności. obchody solidarności przypominają raczej wesele, wszyscy są pijani. jesteśmy głodni, więc skwapliwie korzystamy z dobrodziejstw stołów - karkóweczka, żureczek, kurczaczek. co rusz puszczam się w pląs z kamerą i lawiruję między tańczącymi ciałami, lawiruję i filmuję, i udaję chłopca z obsługi technicznej, bo już zaczynają na nas spoglądać, patrzą, przyglądają się coraz baczniej, i wszystkie spojrzenia oznaczają tę samą wątpliwość: co to za ludzie? to dla nas sygnał, że czas mykać. no i jest oczywiście obfity materiał filmowy, ale to za chwilę. teraz spać. --- dla pełniejszego odnotowania rzeczywistości: w międzyczasie wydarza się także kilka józefów. ostatni, w dosyć nietypowym składzie (skrzat, brat skrzata, ania, miły, dzida, groszek, ja), w poniedziałek. leci temat dobrych imprez. miły opowiada, że raz urządził w elblągu takie party, że jeszcze cztery miesiące później znajdywał pobunkrowane za książkami butelki wódki. po głowie chodzi nam idea imprezy muzycznej na wyspie, żeby powtórzyć i tym razem wszystko nagrać. nazwisko: komentarze: 29.08.2007 :: 14:28 :: 83.25.212.240 |