|
10. [jakobe]
to ja, zgodnie ze zwyczajem blogowym, powiem może co robiłem wczoraj: po pierwsze - skoro świt nawiedzam domostwo swoje, gdzie na prośbę ojca wykonuję parę czynności ogrodowych: 1) ścinam drzewo - wiśnię, 2) rozprawiam się z gałęziami czereśni, które uznał ojciec za zbędne, 3) rozkładam huśtawkę dla jaśka, 4) zrywam czereśnie do wiaderka, w czym dzielnie asystuje mi tuwim krótka łapa, 5) koszę trawę. wszystko to od 8 z minutami do 11 z minutami. po drugie - w południe udaję się do groszka na śniadanie. groszek uprzedza, że śniadanie będzie niepolskie, a andaluzyjskie, czym tylko zaostrza moją ciekawość i apetyt rosnący. po trzecie - gdy zajeżdżam pod dom groszka, okazuje się, że groszka w domu jeszcze nie ma. krótki wywiad i już wiem, wciąż tkwi groszek na polibudzie u pani promotorki swojej, nelly. przeprasza, mówi, że będzie za godzinę. skoro za godzinę, to ja w tym czasie załatwię to i owo, odpowiadam, do castoramy pojadę, taśmę klejącą kupię. po trzecie - w castoramie leci east 17. ach, w pamięci rozbłyskują szkiełka wspomnień, tych szaleństw durnych wieku młodzieńczego. po czwarte - siedzimy w kuchni u groszka i pałaszujemy andaluzyjskie śniadanie. śniadanie andaluzyjskie na tym polega, że się bierze bagietkę, przekrawa na pół, wkłada do jakiegoś podgrzewacza (my wkładamy do sandwich makera), skrapia oliwą i wysmarowuje startym na tarce pomidorem, i według uznania doprawia. pycha. po piąte - pisze zosia, że pociąg do poznania (bo zosia pojechała do poznania, a z poznania do wrocławia - na festiwal cyrkowców), na który czeka i którego doczekać się nie może, już godzinę się spóźnia. niewiele myśląc dosiadam rower i udaję się na dworzec. po drodze kupuję kokosanki z czekoladą. po szóste - ach, siedzi sobie zosia na plecaku - siedzi i na pociąg czeka. jakub nie powie na głos, ale poczuje - smutno się robi na taki obrazek, na widok zosi, która odjeżdża. po siódme - jadę do roberta sochackiego po rzutnik multimedialny na wieczorną projekcję marcello. pada deszcz, w słuchawkach słucham meczu polska-armenia. gdy wreszcie zajeżdżam pod robertowe okno, okazuje się, że roberta w domu niet. siadam więc na krawężniku i odczekuję chwilę. wtem pojawia się robert, mówi, że bierze ślub i jedzie do azji. jego narzeczona daje mi rzutnik i oboje znikają. po ósme - pakuję rzutnik do plecaka i jadę na projekcję dkf marcello. tam poznaję daniela szczechurę, miłego staruszka, którego kreskówki są, że tak powiem, przedmiotem projekcji. nie czekam do końca, bo książkę składać trzeba. po dziewiąte - na wyspie prace wokół domu. zosia the real one ścina trawę, tomek rąbie i pali drzewo, które zalega, skrzat ogarnia taras. nazwisko: komentarze: |