|
5. [zosia obiektywna rozgadana]
najpierw było wyprowadzenie psa - ten śmieszny rytuał, którym jakobe porzuca śpiąca zosię niewłaściwą właściwie co rano, po to, by wrócić knopersem, świeżymi bułkami, szczyptą szczypiorku i czym tylko całodobowa gosia raczy uraczyć człowieka posiadającego na dnie kieszeni trochę grosza. ta smycz, na której końcu jest howard, i którą rodzice przywracają sobie syna przynajmniej raz dziennie, stała się nieodłącznym elementem wyspiańskich przedśniadań. potem jest śniadanie – tym razem w pośpiechu (co w kontekście wyspy jest raczej niebywałe, gdyż wyspa bywa raczej leniwa) – jajecznica z Jajek Mistrzów. Przed jajecznicą krótka aczkolwiek pełna wdzięczności modlitwa ku czci Wielce Szanownego Fundatora Posiłku, Pana i Żywiciela, którego wczorajsza wizyta zdecydowanie podniosła standard gastronomiczny komunalnej lodówki, a przy jajcznicy o rzeźbieniu orła białego w żywopłocie. następnie odbyła się bardzo ważna narada bojowa w sprawie badania, którego bezsens próbował jakobe z zosią przedstawić w możliwie przychylnym świetle nieco wyssanych z palca teorii psychologicznych, i choć zosia wykłócała się z jakobe żarliwie na temat pewnych czasownikowych niejasności, to co do ostatecznego wniosku, iż badanie trzebaby przeprowadzić całkiem inaczej, a najlepiej to wcale – doszli już całkowicie jednogłośnie. resztę dnia zajęły im: * wyprawa na haffnera po bilety, których już nie było (o czym na miejscu zapewniły ich po pierwsze podejrzany brak kolejki do kas, a po drugie bardzo urocza wywieszka „biletó brak”, na której brak było również literki "w", którą ktoś sobie najwyraźniej odpuścił) * jakobowe rozstawianie sprzętu w kinie polonia * zosine załatwianie bolesnej i bardzo przewlekłej sprawy dowodu osobistego, w trakcie którego udało jej się zgubić zdjęcia raz i źle wypełnić wniosek trzy razy, a wszystko to pod czujnym lewym okiem godła narodowego oraz prawym skrupulatnej pani urzędniczki, która chyba zaczęła podejrzewać zosię o jakieś przekręty albo o co najmniej nieuregulowany stosunek do prawa, bo jak ktoś musi z karteczki przepisywać swój adres zameldowania, to jest to zachowanie co najmniej dziwne. * wspólny (zosi z jakobe, nie z panią urzędniczką) obiad w dobrej kuchni, a właściwie to z dobrej kuchni, bo na schodkach z widokiem na prawie morze, gdzie plastikowymi widelcami rozprawili się jakobe z zosią, zosia z jakobe, jakobe z łososiem, a zosia z sałatką serową, w której obiecana zawartość mozarelli okazała się być fikcyjną. sałatkę wpałaszował więc kotek, ale też nie do końca. * wizyta w antykwariacie, gdzie miły pan antykwariusz oznajmił im, że jakiś głupi pacan wykupił cały karton z pocztówkami, w którym to zosia lubiła buszować * wizyta w piekarni, gdzie jakobe kupił sobie to i owo (zosia już nie pamięta co, ale podejrzewa, że był tam jakiś paluch serowy) * wizyta w albercie, która skończyła się na mleku i jajku kinder, które starannie jakobe z zosią wybrali na podstawie stukotu, a po rozczekoladowaniu okazało się, że stukała pewna małpka w źółtym dresie dwuczęściowym. * kupno pierwszych w tym sezonie czereśni, z których zosia potwornie się ucieszyła i jadła nieumyte * rozmowa z dwoma panami w swetrach, z których jeden nazywał się robert. ( "ja robert się nazywam" powiedział robert, a zosia myślała, że robert się pyta jak rower się nazywa) * rozmowa z dwoma całkiem innymi panami w mundurach, którym nie podobało się, że w tunelu zasuwamy na rowerach, a nie nogami jak znak przykazał. * popołudniowa drzemka, baardzo przyjemna drzemka, aż taka, że nie chciało się potem do marczela zasuwac, choć wiadomo – marczelo, fajna sprawa. [oko bardzo obietywne] kama i zosia właściwa jadą do ikei. wieczorem wydarza się dkf marcello - w ramach przeglądu "łodzią po wiśle" zostają wyświetlone filmy, filmiki (raz lepsze, raz gorsze, a raz jeszcze gorsze) laureatów przeglądu takiego a takiego, organizowanego w ramach łódzkiej szkoły filmowej. w podsumowaniu jakobe stwierdza, że "całkiem spoko, choć właściwie to takie se". zosia stwierdza, że "właściwie to tak", choć ze wskazaniem na "całkiem spoko". po projekcji zanosimy się do puzona. w puzonie błażej wylewa na zosię, na większość zosi, piwo. córka zmaga się z problemem czterodniowego niepalenia. janusz przemawia głosem pascala po prostu gotuj. [zosia już subiektywna i tak rozgadana, że aż PS] a w puzonie rozmowy na temat dyskursów, paradygmatów i jaskiń oraz bezprecedensowe pomysły na dkf w mediamarkcie nie dla idiotów - wyświetlanie filmów na ekranie złożonym z trzydziestu telewizorów, wynoszenie pralek itp. potem idziemy z jakobe po rowery, odprowadza nas przemek, co się może nazywa bartek - nie mamy z jakobe co do tego pewności, ale w każdym razie po rozstaniu z nim decydujemy się zaprzyjaźnić, bo przemek-bartek jest naprawdę jak to się mówi spokoziom. ten typ. a z resztą, choć pożegnaliśmy się na monciaku, spotykamy się ponownie pod donerkebabem. a potem zaczyna piździeć i gdański taksówkarz nie chce nas zabrać do swojego domu. nazwisko: komentarze: 01.06.2007 :: 08:27 :: 89.79.143.73 |